Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/057

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Helvia. Ona takich synów oprócz niego więcej nie ma. Dorównajcie mu w sile, on z wami zrówna się w władzy. Nie może tem, co wy, się zadawalać, bo jest od was wyższy. Bogi dając mu geniusz, dały mu prawo panowania nad innymi. Co do mnie, wolałabym być zgniecioną stopami bohatera, niż wzniesioną ramionami tchórza.
Licyniusz. Kto tchórz w Rzymie?
Helvia. Wielu.
Licyniusz. Dobrze, dla tych wielu ukoronuj Cezara na króla i sama zostań jego poddanką, ale nie krzywdź lekceważeniem tych, dla których nikt na ziemi królem być nie godzien. Niech twoje bluźniercze słowa skonają między temi ścianami, bo gdyby mi ich echo powtórzyły usta samego Cezara, klnę cię na wszystkich bogów, że jutro stanąłbym przed nimi.
Helvia (przerażona). Licyniuszu, błagam cię...
Licyniusz. Bez potrzeby! On zanadto jest mądrym, ażeby jawnie miał upominać się o to, co ty mu tak głośno przyznajesz, a jeżeli się upomni, wtedy nie błagaj daremnie, bo tem mściwego uderzenia nie powstrzymasz. Bądź zdrowa, może na zawsze, bo nim zostałem twoim narzeczonym, już byłem obywatelem, a wolę pozostać republikanem, niż mężem królewskiej służebnicy. Kochałem cię bardzo, ale mniej niż ojczyznę, jej więc muszę cię poświęcić. Może ona mnie za to wynagrodzi ręką innej, niewyrodnej swej córki. Ty bądź z kim chcesz szczęśliwa. (odchodzi).