Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/056

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


najdalej na ostrzu miecza poniósł, ten ma największe prawo czci narodu.
Licyniusz. Ale nie ten, kto jednocześnie szponami tych orłów piersi swych braci porozdzierał.
Helvia. Bądź przynajmniej Licyniuszu dla niego tak sprawiedliwym, jak on jest mężnym.
Licyniusz. Kto, Cezar? Zapewnie mężny, bo dłońmi naszych walecznych żołnierzy tysiące nieprzyjacielskich głów zmiata. I zając przy takiej pomocy zdobyłby świat cały. On jest rzeczywiście mężny, ale nie tam, gdzie miecz jawnie, tylko gdzie skrycie uderza. Chwalże go za właściwą odwagę...
Helvia. Chociaż takim, tak małym i nieudolnym zostań Licyniuszu, a przysięgam ci, że nawet w popiołach mego ciała tlić się będą dla ciebie nigdy niezagaszone iskry miłości.
Licyniusz. Kochaj go, jeśli ci się podoba, ale mnie nie olśniewaj jego wielkością. Niech sobie wyjeżdża na wojny sługą rzeczypospolitej, a wraca jej panem; niech się z Rzymem za swe czyny rachuje, grożąc mu zemstą zbuntowanych wojsk; niech najętym wielbicielom każe podawać sobie publicznie koronę i wspaniałomyślnie ją odtrąca: niech na wszystkich manowcach przedajności skupuje prawa do berła; niech wreszcie frymarczy cnotami łaskawych rzymianek — żadnego z tych tryumfów mu nie zazdroszczę. On jak lis umie być krwiożerczym i jak żebrak podłym, ale nigdy nie będzie tem, czem mu ojczyzna być każe: niesamolubnym jej synem.