Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/055

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Helvia. Chociażby nawet cię tu coś niespodziewanego spotkało, zdaje mi się, że w żadnym wypadku nie byłbyś śmiesznym.
Licyniusz. Ale byłbym, i pozwól, że będę ciekawym.
Helvia. Aby tylko bez natręctwa, możesz nim być bez pozwolenia.
Licyniusz. Dla czego twoja niewolnica kłamała, że jesteś chorą, a ty kłamiesz, że ci nie przeszkadzam?
Helvia. Alboż to mówię? Tylko niewolnica skłamała — ja nie.
Licyniusz. Szczerą być zaczynasz... dobrze. Wolno mi jeszcze wiedzieć, dla czego przyszedłem nie wporę?
Helvia. Zapominasz Licyniuszu o zastrzeżeniu, ażebyś w ciekawości nie był natrętnym. Prawo do wszelkich pytań służyć ci będzie wtedy dopiero, gdy zostaniesz moim mężem.
Licyniusz. Już dziś jednak mogę chyba spytać: po co przed godziną biegłaś z tłumem za kołami rydwanu?
Helvia. Chciałam zobaczyć i przywitać tego, któremu Rzym zawdzięcza swą sławę.
Licyniusz. Sława Rzymu starsza, niż najpierwsze nasienie rodu, z którego wyrósł ten tryumfujący oszust; on więc nie potrzebuje jej dopiero stwarzać. Nie ojcu więc naszej wielkości poszłaś się Helvio przypatrywać, ale jej kuglarzowi, który więcej dokonał przekupstw, niż wygrał bitew.
Helvia. Niedoświadczona jestem w sądzeniu spraw publicznych, zdaje mi się jednak, że kto rzymskie orły