Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/054

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Helvia. Dziękuję.
Licyniusz. Nie daremnie dziś tem życzeniem cię witam, bo widzę smutną jesteś.
Helvia. Troszkę, dla odmiany po ciągłej radości.
Licyniusz. I na tę odmianę wybrałaś właśnie chwilę mego przyjścia?
Helvia. Wybór tak przypadkowy, jak twoja tu obecność.
Licyniusz. Która bynajmniej przypadkową nie jest, bo od roku codzień o jednej godzinie się powtarza.
Helvia. Dziś o tem zapomniałam.
Licyniusz. Zapewne nie bez przyczyny. Gdybyś chciała być szczerą...
Helvia. Gdybym mogła...
Licyniusz. Cóż ci przeszkadza? Żadne słowo twej szczerości nieba nie zwali, ziemi nie wyważy, mściwej ręce miecza nie poda, a co do mnie...
Helvia. Jestem pewna, żeś synem prawdy, więc w twarz jej spojrzeć się nie boisz.
Licyniusz. Zatem mów. Albo słuchaj, ja mówić będę. Wyszedłszy z domu, spostrzegłem wróżbiarza, który mijając mnie, chociaż nieznany, złośliwie się uśmiechnął. Nie lubię tego rodzaju wrażeń wywoływać sobą na twarzach ludzi, którzy z rzemiosła podglądają i znają cudze tajemnice. I dla tego powiedz mi Helvio, jak sądzisz, miał wróżbiarz powód śmiać się ze mnie, wiedząc, że idę do ciebie?