Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/047

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czulsze struny mej duszy. Gdy po złożeniu ofiar Jowiszowi wyszedł ze świątyni i powiódłszy oczami po zgromadzonym tłumie, zatrzymał je na mnie, oddech zaczął mi parzyć usta, a gdy nie zdejmując spojrzenia z mej twarzy, zbliżył się z orszakiem ku miejscu, gdzie stałam, dreszcz szalonej rozkoszy stargał mi całą świadomość. Zaledwie miałam siłę przymknąć powieki. Czułam tylko, że przechodził, słyszałam jak mijając mnie, powiedział: »W tem wielkiem morzu ludzi, jak nurek odrazu dostrzegłem najpiękniejszą perłę. Ach, gdyby łaskawy bóg ozdobił nią dziś laur mego tryumfu! Ona mi go wywróżyła. Helvio, pozdrawiam cię...« Miro, ja kocham moje imię od czasu, jak Cezar je czule wymówił...
Mira. Ale strzeż się kochać jego.
Helvia. Gliniana głowo, co ty pleciesz!
Mira. W mojej ziemi mówią, że pierwszy urok zawsze splunąć trzeba.
Helvia (z uśmiechem). Bądź spokojna, to nie pierwszy.
Mira. Znałaś dawniej Cezara?
Helvia. Przed dwoma laty poznałam go na pogrzebie mojego ojca. Widząc mnie spłakaną, zbliżył się i rzekł czule: »Ziemia długo cieszyła się twym ojcem Helvio, niech teraz niebo się ucieszy. Nie płacz, bo on prosi bogów, ażeby ciebie nam nie zabrali« Ani jeden z tych wyrazów nie zatarł się dotąd w mej pamięci, chociaż potem już raz tylko Cezara wybierającego się na wojnę widziałam. Wyjeżdżasz w żalu, wrócisz