Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/046

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gdy znowu się ukazał... (zrywając się) Miro, zaklnij swe ręce w lód i połóż mi je na piersiach!
Mira. Gwiazdeczko, co tobie się stało?
Helvia. Nie widziałaś go?
Mira. Kogo?
Helvia. Kogo jedynie dziś widziało całe stworzenie, kto był jedyną myślą całego narodu.
Mira. Kto taki?
Helvia. Cezar!... (po chwili) I ty nie umierasz z żalu, żeś na niego patrzeć nie mogła? Przebacz losom wszystko złe, tylko tego im nigdy nie daruj.
Mira. Cezar? Słyszałam, że ma dziś odbyć tryumf, ale nie mogłam pójść, bo przepiórki twoje karmić musiałam.
Helvia. Trzeba było je wydusić! Gdyby mnie dzień dzisiejszy miał kosztować resztę istnienia, nie wahałabym się mu jej poświęcić. Piastunko moja, wychowanko pracy i bojaźni, ty nie wiesz, że z natury gwałtowne, a w życiu nieposkromione serce kobiety może na widok bohatera tak uderzyć, że wszystkie jego przeszłe i późniejsze bicia nie wyrównają temu jednemu wstrząśnieniu. Północ cię podobno urodziła, całe jednak zimno mleka, jakie w dzieciństwie z twej piersi wyssałam, nie zdołało ochłodzić gorąca mej krwi, która gotując się dotąd, dziś warem zakipiała mi w żyłach. Cezarze!... (usuwa się w ramiona Miry).
Mira. Mówił z tobą, Helvio?
Helvia. Ciągle jeszcze echo jego głosu potrąca naj-