Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/027

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kriton. Ale nie wszystkie jednakowo pewne. Ja nie mam żadnego ojca...
Trofos. Wolę, że on ma — bogatego.
Kriton. Dam zaraz pięć...
Trofos. Nie posądzam cię, że kpisz, bo domyślam się, że więcej nie masz.
Kriton. Ach! gdyby rozstanie z każdą miną nie było, jak jest, bolesnem, położyłbym ci chętnie sześcian złota na każdym kwadracie tego pięknego ciała. Ale niestety! Jowisz nas posiał gęsto, jak głazy, a pieniądze rzadko, jak rubiny. Nie chciejże, szanowny obywatelu, ażebyś ty zgarnął ich za wiele i ażebym ja w mojej wypróżnionej dla ciebie kieszeni, zamiast rozkosznego dźwięku min, słyszał złośliwy świst zefiru.
Trofos (uśmiechając się). Ileż najwyżej ofiarować mi możesz?
Kriton. Klnę się na punktualność wierzycieli, że cały mój majątek składa się z sześciu min.
Trofos. To jeszcze za mało, ażeby Linos, dołożywszy jedną — utrzymał się przy kupnie.
Kriton. Podejrzywam cię, Trofosie, że przyprowadziłeś niewolnicę po to tylko, ażeby ludzi trochę podrażnić i potem ich wysoką ceną odpędzić...
Trofos. Nie podejrzywałbyś mnie o to, gdybyś mając na rzepę, nie chciał nabyć brzoskwini.
Kriton (zbliżając się do Melity). Prawda, że to brzoskwinia — i śliczna! Co za świeżość, barwa, puszek!