Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/012

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Protos (oglądając się bojaźliwie). Dobrze, dobrze, mój wolny obywatelu, tylko nie okrzykuj swojej godności tak głośno, bo jakby ten twój niewolnik ją usłyszał, kazałby nas obu jeszcze dziś wyzwolić z ciała, a dusze posłał na dysputę Minosa.
Dulos. Niech robi, co chce i umie — wszystko mi jedno.
Protos. Ale mnie nie jedno. Jeśli zaś chcesz go koniecznie o swojej wyższości uwiadomić, to najlepiej idź i powiedz mu wprost, bo ja wcale nie tęsknię za nieboszczykiem Dyogenesem i nie pragnę go zaraz dziś na tamtym świecie odwiedzić; choćby dlatego, że — nie wyłapałem jeszcze wszystkich robaków.
Dulos. Niezawodnie mu to powiem, jeśli trzebić zacznie moje miejsce rodzinne, na które już sieć założył.
Protos. Czy ty tylko nie masz tam jakiej ukrytej sarenki, o którą się obawiasz... (z udaną powagą). Straszny ogniu kobiecych spojrzeń, jakże jesteś gorący, kiedy nawet żelazne serca cyników do czerwoności rozpalasz!
Dulos (siląc się na wesołość). Cynicy są prawdziwymi ludźmi, mają więc z natury serca czerwone: wam muszą je aż kobiety na ten kolor farbować.
Protos Więc ty dojrzewający pączku na pniu dyogenesowej mądrości jesteś zupełnie nieczuły na światło pięknych oczu?
Dulos. I owszem słuchaczu z pode drzwi cyrenaj-