Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/011

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dulos (z zapałem). Jaką? On mnie katuje za to, że myślę; uważa niżej was wszystkich, niżej trującego zielska, któremu na swoich polach swobodnie rosnąć pozwala. Gdy rano, przechadzając się ścieżkami tego ogrodu, dojrzy świeże kretowisko, smaga mnie, jak gdybym ja był kretem i je wykopał. A czem on jest? Ogniłkiem, w trzeciej dziesiątce lat już stoczonym przez żądze, wygłodzonem cielskiem, w którem zbytek wszystkie zmysły przytępił, bachusowym psem, tropiącym ślady rozpusty. Pięćdziesięciu nam dlatego tylko żyć pozwala, ażeby się ciągle upajać tą myślą, że jednem skinieniem mógłby nam postrącać głowy lub popruć piersi. Wiedząc, że tylu ludzi żyje z jego łaski, sądzi, że jest bogiem, który ich stworzył i swoją wolą utrzymuje. Naturą prawdziwego człowieka jest tylko natura cnotliwa. On nigdy człowiekiem nie był; chociaż więc ma prawo moie kopać, ja mam równe — nim gardzić.
Protos. Ciszej złotousty mowco, ciszej. Patrz, jaka to fortuna niesprawiedliwa: jemu grzesznikowi dała na mieszkanie ten wygodny pałac, a tobie, który nim gardzisz, nie pożyczyła nawet jednej miny na porządną ślubną beczkę.
Dulos. Kpij pusta głowo, kiedy ci się grzbiet po onegdajszej chłoście już zagoił, a ja ci powiadam, jak mój nieboszczyk mistrz, że swobodnym jest ten tylko, kogo namiętności nie skuły, że zatem z nas dwóch nie ja jestem niewolnikiem, ale — on!