Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jak bóg grzechom. Może złe obchodziło go zdaleka, ale nie zbliżyło się do niego nigdy i nie rzuciło mu pokusy. On was wszystkich szczerze umiłował. Żegnając się wczoraj ze mną, rzekł mi: niech bogowie zazdroszczą sobie wzajem rozkoszy obdarzania dobrodziejstwami twojego rodu za to, że mi dał ciebie... A do matki mojej powiedział: tyś matką mojego szczęścia...
Lida. I całował mi nogi ze łzami...
Gotar. Jakże mi lekko po tych waszych zapewnieniach! Teraz już tylko przypuszczam, że nasi chłopcy zbłądzili.
Lida. Trzeba wysłać ludzi z pochodniani.[1]
Gotar. Właśnie o tem myślałem. Oprócz pochodni dam im trąbki i każę grać sygnały, znajome Tylonowi.
Orla. Ja z nimi pójdę.
Lida. Nie, Orlo, to jest niepodobne.
Gotar. Zamiast pomagać, zawadzałabyś im.
Orla. Gdyby można było włożyć w trąbkę mój głos, Arjos by go zaraz usłyszał.
Gotar. Wy połóżcie się spać, bo już niezadługo noc zwinie swoje skrzydła i odleci.
Orla. Niech ta czarna szatanica opuści ziemię co prędzej. Gdy po niej przybędzie biały dzień, powitam go jak anioła.
Lida. We śnie tęsknota się kurczy, w czuwaniu — rozciąga. Jesteś znużona, moje dziecko, połóż się...

  1. Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku — pochodniami