Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gotar. Bodajby twoja wiara okazała się słuszną, a moja wątpliwość niesprawiedliwą! Tak pragnę tego, że gdy tu Arjos stanie, pochylę moją siwą głowę kornie do nóg jego. Ty bronisz niewinności męża, a ja bezpieczeństwa ludu, który jest moim oblubieńcem, którego od lat wielu strzegę, jak ojciec dzieci. Ród Arjosa jest rodem szakalów, a od chwili, gdy spojrzał na nas pożądliwemi ślepiami i odsadził się do napastniczego skoku, nie ufam nikomu, w kim jego drapieżna krew płynie. Cały wieczór przepędziłem nad brzegiem rzeki, wypatrując Arjosa i Tylona. Cieszyłem się każdym szelestem, witałem radośnie każdą majaczącą postać w nadziei, że oni się zbliżają; noc już przebiegła połowę swej drogi — a ich nie ma. Szalonym wirem otoczyły mnie złe przeczucia, uciekłem przed ich pogonią i szyderczem śmiechem. Cała osada śpi, ja tylko jeden w niej czuwam, jak drop na czatach drzemiącego stada. Niepokój pogniótł mi w głowie wszystkie myśli. Nie mogąc go zwalczyć, schroniłem się do was, ażebyś go odegnała ode mnie swoją wiarą w Arjosa. Dziękuję ci za nią, jestem spokojniejszy. Spieraj się ze mną, Orlo, chłoszcz mnie każdem słowem oburzenia, wyrzucaj mi niegodziwe domysły: wolę to, niż wątpliwość. Dobrze, dzieweczko, dobrze, żeś się oparła moim podejrzeniom. Przekonywaj mnie, ile umiesz, że twój Arjos jest dobry, prawy, do ciebie i do nas przywiązany!
Orla. On tak niedostępny przewrotnym zamiarom,