Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Orla. Mateczka wątpi? No, chyba by się był bardzo uparł, albo bardzo prosił.
Lida. Naturalnie, ale właśnie dziwi mnie, że ani się nie uparł, ani nie prosił.
Orla. Może bogowie byliby nas za to nie pobłogosławili... Zresztą zapytam go. Gdzie on się podział! Niedobry, jeśli się nie spieszy. Przecież wie, jak niecierpliwie go czekam. Co ja mówię! Arjos jest dobry, on zawsze przychodził wcześniej, niż obiecał. Mój najdroższy kochanku, nie usłyszysz nigdy skargi mojej, bo na nią nie zasłużysz. Ach, ta noc, ta noc... dłuższa i czarniejsza od innych! Jeśli bogowie nie mogą ludziom oszczędzić smutków, powinni je przynajmniej zsyłać na ludzi w dzień... Powiedz mi, mateczko, po co jest na świecie noc?
Lida. Ażeby wszyscy odpoczęli.
Orla. Gdyby dzień trwał ciągle, każdy pracowałby wolniej i nie męczył się. Ja nocy nie lubię, ona mi wcale niepotrzebna.
Lida. Dziś.
Orla. Wyrzeknę jej się na zawsze.
Lida. Żałowałabyś...
Orla. Więc niech sobie będzie, niech ciągnie się bez przerwy, aby tylko Arjos mi w niej świecił. Zdaje mi się, że ktoś do drzwi puka...
Lida. Rzeczywiście.
0rla. Arjos!...