Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Lida. A i Arjos nie jest bojaźliwym królikiem. Czy ty myślisz, że on umie tylko ładne pieśni układać i czule w twoje oczy patrzeć?
Orla. Wiem, nieraz bywa tak straszny, jak gdyby nagle zdziczał. Zwłaszcza gdy wspomni o Moronie. Ale wtedy kładę mu rękę na głowę i natychmiast się uspokaja. Bogowie nie stworzyli go do gniewu, lec[1] do kochania. On chciałby wszystkich miłować.
Lida. Jak ciebie?
Orla. O, nie, dla mnie ma osobne uczucia. Powiada że nawet ode mnie nie zaczyna najlepszyeh ludzi liczyć. Pytam go kiedyś, ile zna ładnych dziewcząt. Wymienił mi kilka. A ja? — wtrąciłam zalękniona. Ty — odrzekł — nie jesteś pierwsza, lecz jedyna, koło ciebie żadna nie stoi i żadna po tobie nie nastepuje. Często mi to powtarza. Ja bym tego nie rozumiała, gdyby on nie wydawał mi się także niepodobnym do innych.
Lida. To dobrze, moje dzieci, że się tak kochacie. Miłość wszystko zastąpi, a jej — nic.
Orla. Nie pojmuję, czemu ludzie tak rzadko się kochają. Gdyby oni bodaj przez chwilę doznali tej rozkoszy, co ja... Chociaż przysięgam ci mateczko, że Arjos dopiero wczoraj po raz pierwszy mnie pocałował.
Lida. Dziwię się...
Orla. Kiedy ja bym mu była nie pozwoliła.
Lida. Albo to prawda!

  1. Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku — lecz