Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Lida. Ręczę ci, że są już blizko.
Orla. Ja bym ich przeczuła, a szczególnie Arjosa. Tymczasem zdaje mi się, że jakaś siła coraz dalej go odrzuca i zarazem mnie pociąga. On z pewnością jest w tej stronie, na zachodzie, bo chciałabym tam biedz. Mateczko, mnie znowu coś w tej chwili szarpnęło — Arjos oddalił się.
Lida. Tak zwykle tęsknota drażni się z ludzkiem sercem.
Orla. Tyle razy już rozstawałam się z Arjosem, a nigdy nie wsuwała mi się do duszy taka trwoga, jak dzisiaj.
Lida. Od wczoraj dopiero jest twoim mężem.
Orla. Alboż ja go przedtem nie kochałam? Bogom, tobie, Tylonowi pozostawiłam zaledwie cząstkę moich myśli, a jemu oddałam wszystkie. Wy nie gniewaliście się za to na mnie, ale bogowie?
Lida. Oni o miłość nie są zazdrośni, tylko o cześć.
Orla. Mateczko, ja Arjosa także czciłam.
Lida. Bogowie ci to przebaczyli. Nie trap się, moje dziecko. Z Arjosem poszedł Tylon, a wiesz, jaki on mężny. Kiedy go nosiłam w łonie, ciągle śniły mi się lwy, które on ujeżdżał i do wozu zaprzęgał. Będąc małem chłopięciem, strzelał z łuku tak celnie, że strącał jarząbki w locie. A potem! Czyżby go Mirowie obrali wodzem obrony rodu, gdyby nie ufali jego waleczności i rozumowi?
Orla. Prawda.