Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szę, gdyż kto inny mógłby sobie upodobać jej ładne piórka i wziąć ją jako brankę.
Moron. Nie, nie dopuść tego!
Zebor. Bądź pewny. Mówią, że ma być prześliczna i wszyscy chodzą za nią, jak żebracy, ale mnie ona serca nie połechcze. Wyznam ci, Moronie: lubię zdrowe mięso kobiece, ale o ładne nie dbam.
Moron. Słusznie, mój synu. Naturalnie, gdyby Arjos kiedyś odzyskał rozum, nie powiesz mu nigdy, żeś tę dziewczynę uprzątnął. A nawet nie wspominaj o tem nikomu. Niech wie tylko bóg i my.
Zebor. Wystarczy.
Moron. Teraz idź i przygotuj wszystko do wyprawy. Przed północą musicie wyruszyć. Policzyłeś już, ile będziesz miał wojska?
Zebor. Dwa tysiące łuczników, trzystu zbrojnych jeźdźców, włócznicy i topornicy złożą około 800 dobrych żołnierzy.
Moron. Mirowie tylu nie wyprowadzą?
Zebor. Spodziewam się, że nie wyprowadzą żadnego, bo wszyscy będą spali.
Moron. Dałby bóg! Ale wybłagam to u niego, przecież nam rozkazał. Idź, Zeborze, ja będę się modlił. Jeszcze zaczekaj chwilkę. Skoro zmierzchnie, wyślij dwu ludzi na górę Wichrową, skąd będę przypatrywał się waszej świętej walce; niech tam na szczycie ułożą wielki stos z suchych żywicznych gałęzi. Ujrzawszy płonącą osadę Mirów i usłyszawszy wasze zwy-