Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


każe religia, ażeby nie zostawiali po sobie nic, co by mogli zużytkować innowiercy.
Gotar. Więc dobrze. Arjos i Tylon o północy wyjdą w góry, a my jutro rano tu się zbierzemy i wysłuchamy ich doniesienia. Teraz możemy się rozejść.
Głosy. Tak.
Gotar. A nasza królowa-matka nie sprzeciwia się temu?
Mirolana. Tak ma być, jak moi synowie uchwalili.
Wypowiedziawszy te słowa stojąc, zstąpiła z tronu i przy pomocy kapłanów jeszcze bardziej drżąca i osłabiona wyszła. Za nią wysypało się różnemi drzwiami całe zgromadzenie.


Widok 8.

Pod gęstem okryciem nocy góry jeszcze drzemały niby wielki, strzegący pustyni zwierz z długim grzbietem, nabitym chropowatą łuską i najeżonym ogromnymi kolcami. Powoli, jak gdyby trącone chłodnym wietrzykiem porannym, który oblatywał całą naturę, zapowiadające jej nadejście dnia, zaczęły się budzić, odsłaniać i wyciągać. Arjos i Tylon, wspinając się ścieżką, spadającą jak kręta taśma po boku najwyższej wyniosłości, doszli do jej szczytu, gdy już brzask gęsto obsiał powietrze łagodnem światłem. Wreszcie stanęli na wierzchołku, z którego wzrok ich mógł obiegać szerokie koła.
Arjos. Patrz, Tylonie, ten kulisty obłok jest pąkiem słońca, z którego ono wystrzeli, jak wspaniały kwiat.