Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Arjos. Orli.
Gotar. Tylonie, czy godzisz się na to, ażeby siostra twoja tu przyszła?
Tylon. Zaraz ją przyprowadzę.
Wszystkie twarze zgromadzenia drżały niecierpliwem oczekiwaniem. Wszystkie spojrzenia zbiegły się we drzwiach, przez które wyszedł Tylon. Nawet po zmarszczkach oblicza królowej-matki rozpłynął się lekki rumieniec. Zwróciwszy zagasłe oczy w tę stronę, skąd ją dochodził głos Arjosa, pozostała tak ze skierowanem ku niemu spojrzeniem, niema, ale jak gdyby ze snu śmierci przebudzona.


Widok 6.

Weszła Orla.
Jedwabniki z włókien hebanu uprzędły jej włosy czarne gęste i długie, które pieściły jej twarz i szyję każdem dotknięciem i pod którymi głębokie niebieskie oczy przy białem czole błyszczały jak bławatki przypięte do lilii. Z oczu tych patrzyła niewinność dziecka, niewiadomość złego i anielskie poczucie bezpieczeństwa. Czasem napełniała je żałość, jak gdyby tęskniły do siebie i skarżyły się ustom, złożonym w ciągłym pocałunku, że nigdy zbliżyć i ucałować się nie mogą. Cudna jej postać była wcieleniem najrozkoszniejszego marzenia natury. Bardziej ciekawym, niż zalęknionym wzrokiem obeszła ona całe zgromadzenie i dopiero gdy zatrzymała go na Arjosie, w spojrzeniu jej zamigotał promień czułości, który wszakże szybko pokryły opuszczone lekkiem zawstydzeniem powieki.
Arjos. Orlo, przebacz mi, że cię tu wezwałem i zmuszę do wyznań, które dotąd słyszał tylko bóg, natura