Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


napaść waszym dostatkiem, kazał mi być hersztem zbójów, ale ja mu wytłomaczyłem, że na to nie pozwala mi mój zakon.
Gotar. Jaki zakon?
Arjos. Tu między wami go otrzymałem.
Gotar. Nie rozumiemy twojej mowy, Arjosie.
Arjos. Nic dziwnego, mnie tylko jedna dusza rozumie.
Gotar. Objaśnij nas jednak wyraźnie: czemu od pewnego czasu codziennie przychodziłeś do naszej osady?
Arjos. Słońce u was piękniej oszywa obłoki złocistemi taśmami, zioła pachną mocniej, palmy wdzięczniej czeszą wiatrem swe warkocze, krynice biją przezroczystszą wodą... czy to nie dosyć?
Gotar. Nie dosyć dla usprawiedliwienia twoich częstych odwiedzin.
Arjos. A może mnie tu grzech przyciągał? Tak twierdzi Moron. Pytałem boga — milczał. Więc chyba wy osądźcie.
Gotar. Co takiego?
Arjos. Co? To takie wielkie, że nieraz świat rozsadza i takie małe, że w mojem sercu się zmieści. Mam wyznać... Czcigodni ojcowie, jeżeli zawiniłem przeciw wam i waszemu ludowi, grzech ten nie jest moją tylko własnością, lecz należy także do jednej istoty, bez której go pod wasz sąd nie oddam. Dopóki jej tu nie ma, nie badajcie mnie.
Gotar. Kogo?