Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Głosy. Tak.
Wszedł Arjos.
Arjos. I dziś, jak zawsze, życzę wam dobra, czcigodni ojcowie! Przybyłem tu, ażeby się dowiedzieć, za co na mnie padła wasza nienawiść.
Gotar. Mianowałeś się przyjacielem naszym, przebywałeś między nami, jak syn, a teraz obejmujesz dowództwo swego ludu w napaści na nas.
Arjos. Skąd macie tę nowinę? Od mojego lub waszego nieprzyjaciela, albo od człowieka, który sprzedaje kłamstwa.
Gotar. Jeden z naszych ludzi słyszał wczoraj w nocy twoją rozmowę z Moronem.
Arjos. Ach, czemu jej nie słyszał!
Gotar. Więc twoi rodacy nie zamierzają rozpoczynać z nami wojny?
Arjos. Owszem, zamierzają.
Gotar. I nie ty będziesz im przywodził?
Arjos. Och, Gotarze, gdybyś wiedział, jak szydzisz ze mnie! Moje myśli biją się teraz z myślami Moronów i ja nie mam siły objąć dowództwa nad nimi. Położyłem się pod tym bojem, jak martwe pole, które tylko służy za oparcie walce i wsiąka jej krew — krew cieknącą z poranionych i zabitych myśli moich. Jeżeli wokoło siebie nie macie innego wroga, prócz mnie, nie przypaszcie nigdy do bioder miecza, nie przerwijcie swego snu żadną obawą. Dziad mój, Moron, któryby pragął[1] okryć wnuka chwałą mordu, a ród mój

  1. Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku — pragnął