Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i dusze nasze. Przybywałem do waszej osady po to jedynie, ażeby ci przynieść moje słowa miłości i zabrać twoje. Tymczasem podsunięto mi niecny zamiar że pod tą osłoną chciałem poznać dokładnie waszą siedzibę, ażeby ją potem na czele mojego plemienia napaść.
Orla. Ja temu nigdy nie uwierzę.
Arjos. Gdybym jednakże tego podejrzenia z siebie nie starł, gdyby dwa nasze rody, rzuciwszy się w walkę, rozdarły nas jej przepaścią, ja pozostałbym z hańbą zdrajcy, a ty z piętnem łatwowiernej ofiary. Nie, Orlo, w takie błoto serca nasze nie będą rzucone; są one tak czyste, że możemy je położyć na dłoniach ojców twego rodu — niech w nie spojrzą. My nie baliśmy się i nie wstydzili ani boga, ani jego stworzeń, czemuż mielibyśmy bać się lub wstydzić tych zacnych ludzi?
Orla. Tak, Arjosie.
Arjos. A zatem dowiedzcie się, szlachetni ojcowie, że już dwa razy natura odmieniła swą szatę od czasu, jak kocham tę największą świętość życia mojego. Przyprowadził mnie do niej dobry anioł, który mi pewnej nocy we śnie się objawił i rzekł: z jednego tchnienia bóg stworzył duszę twoją i drugą, do której twoja ciągle tęskni i dlatego smutny jesteś; szukaj owej bliźniaczej duszy, a ja stróżem i przewodnikiem twoim będę. Szukałem jej długo, a nieraz gdy sądziłem, że już znalazłem, anioł szeptał mi do uszu: