Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gotar. Ostrożnie, Tylonie. Przodkowie ustanowili taki dla nas strój w radzie, ażeby każdy hamował swoją złość obawą, że targnąwszy się, odsłoni obnażone ciało. Więc cofnij ręce, bo one z pod otwartej płachty odkryły twoją nagość. Ja zaraz skończę, a wtedy będziesz mógł zapomnieć, gdzie jesteś i do kogo mówisz. Twoim przyjacielem jest Arjos.
Tylon. Tak.
Gotar. Który codziennie tu przybywa, a często nocą się zakrada.
Tylon. Jeżeli obcy pies może wzdłuż i wszerz przelecieć każdej chwili naszą osadę, czemu nie ma tego uczynić uczciwy człowiek?
Gotar. Ale pies nie stanie na czele wyprawy przeciw nam, jak Arjos.
Tylon. Skąd wiesz o tem?
Gotar. Wiem. Człowiek który was wczoraj przewoził przez rzekę, podsłuchał w nocy samotną rozmowę Morona z Arjosem na wzgórzu. Widział on potem twego przyjaciela, oglądającego aż do świtu naszą okolicę.
Tylon. W takim razie jestem winien
Gotar. Byłeś nieoględny — więcej ci nie zarzucam.
Tylon. Za mało, Gotarze! Byłem głupim i jestem niegodzien, ażebyście tak nierozważnemu człowiekowi powierzali jakiekolwiek dowództwo. Ja nikogo na Moronów nie poprowadzę, tylko siebie na Arjosa. Biedna Orla!