Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Głosy. — Kto biedny?
— Nad kim on się lituje?
— Kogo żałujesz, Tylonie?
Gotar. Uspokój się. Gorszem byłoby, gdybyś mu dalej ufał, niż to, żeś go tu wpuszczał. Teraz radź z nami.
Tylon. Nie, nie mogę. Wy nie wiecie, ile ran otworzyło się teraz w mojem sercu. Myśli biegają mi po głowie, jak ścigające się wrogi, a każda z nich jest wrogiem moim. Arjosie, ty byłeś tylko szpiegiem, tylko zdrajcą? Ja muszę wprzódy spojrzeć w te jego błękitne oczy, w których nigdy nie dostrzegłem obłudy, muszę usłyszeć jego głos, który mi zawsze dźwięczał szczerością. Jeśli tu nie przyjdzie, ja pójdę do niego... Mówcie i radźcie sami, ojcowie, beze mnie, moją głowę jedna boleść rzuca drugiej.
Osłabiony usiadł.
Gotar. Mamy nadzieję, że się opanujesz, że i w tej walce jak w każdej, będziesz mężnym... Czcigodni ojcowie ludu, sądzę, że nie uznacie w tem przesadnej ostrożności, jeśli zalecę, ażebyśmy natychmiast uzbroili wszystkich mężczyzn zdolnych do broni i wzdłuż rzeki postawili gęste straże. Już tam dwu rybakom czatować kazałem.
Głosy. — Czy nam starczy oręży?
— Czy wyrównamy Moronom liczbą wojowników?
Gotar. Trzeba natychmiast posłać do Kropów i kupić od nich wszystkie łuki, tarcze, oszczepy, miecze