Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Oświećmy sprawę spokojnym rozumem. Kiedy w Moronach widziano jasny obłok, ja zawsze upatrywałem w nich ciemną chmurę. Ta horda koczowników, żyjąca tylko z tego, co ziemia daje człowiekowi bez pracy, musiała znaleźć się w szponach niedostatku i rzucić na nas zawistne spojrzenie. Żądane przez nich przymierze jest tylko pozorem do napaści, a muszą oni czuć w sobie siłę, a w nas słabość, kiedy na to się ważą. Już od pół roku przepatrują naszą osadę, do czego my im życzliwie pomagamy.
Głosy. Kto?
Gotar. Przedewszystkiem ty, nieroztropny Tylonie, który najgłośniej zapytałeś: kto?
Tylon. Ja? Ja, którego mianowaliście wodzem, ja jestem zdrajcą? Gotarze, wiek ci dał powagę, lud — godność, ale ja ci nie dam prawa krzywdzenia mnie hańbiącem kłamstwem.
Gotar. Wobec bogów i królowej matki naszej wszyscy powinniśmy wyznać nasze winy. Dlatego nie cofam mojego oskarżenia przeciw tobie.
Tylon. Matko ludu i wy jego przewodniczący, darujcie mi szał, którym ta potwarz mózg mój skręciła. Ja nie jestem Tylon, wódz, młodzieniec, który temu zebraniu cześć winien, ja jestem już tylko śmiertelnie ugodzony człowiek.
Z wyciągniętemi rękami pobiegł do Gotara.
Wyłap z powietrza, wywierć z ich uszu i pamięci swoje niecne słowa!...