Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i przemawia rykiem, gdy nim gniew zatrzęsie. Jam stworzył świat wielki i piękny, ażeby go w nim ludzie łatwo rozpoznawali; tymczasem oni tak zapatrzyli się w dzieło, że nie widzą jego stwórcy. Ty takim jesteś, Arjosie, poganinie, bałwochwalco, czcicielu chmur gwiazd, zórz, słońca, wszystkiego, tylko nie boga. Jeżeli chcesz go poznać, zrozumieć, jakim jest, chodź ze mną do tej świątyni, gdzie on widomy i niewidomy przebywa, gdzie spoczywa w kamieniu wyryta, czysta, prawdziwa jego wola. (Chwycił Arjosa za rękę i pociągnął go do świątyni, wykutej w skale. Szybko odchylił przy wejściu ciężką zasłonę ze skóry, po za którą u stropu zawieszona mała kamienna lampka, napełniona wołowym tłuszczem, słabo rozpraszała mroki obszernego wnętrza i zaledwie pozwalała dojrzeć ogromną skrzynię, stanowiącą ołtarz, na którym stał drewniany, przerażający potwornością i obryzgany krwią posąg boga). Oprócz mnie, jesteś pierwszym człowiekiem, którego stopy i oczy dotknęły tego miejsca. W tym ołtarzu leżą cegły gliniane, w których bóg palcem wypisał swoje przykazania. Wysłuchaj prawdy. Gdy lud nasz, idąc tu, błąkał się w pustyni, stracił drogę, nadzieję, rozum, wiarę i już zaczął rzucać ku niemu rozpaczliwe pomruki, nagle ujrzał w oddali na widnokręgu ognisty słup, u dołu szeroki a u góry spiczasty. Pospieszył ku niemu, ale w miarę jego zbliżania się światłość gasła, wreszcie znikła zupełnie. I oto stanął przed słupem, ułożonym z cegieł glinianych, pokrytych