Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Moron. To nie...
Arjos. Kiedy ja nic innego nie robię, a nawet w tej chwili, gdy z tobą rozmawiam, słyszę, jak trawy lekkim szeptem proszą ducha, przelatującego nad ziemią, ażeby im spieczone usta zwilżył rosą.
Moron. Właśnie z tych snów bóg postanowił cię obudzić i dlatego rozkazał ci wziąć do ręki oręż i poprowadzić lud przeciwko wrogowi.
Arjos. Ja ani palić, ani grabić, ani mordować nie umiem.
Moron. Gdy jednakże wczoraj lew pędził przed sobą w śmiertelnej trwodze nasze stada i ich pasterzy, gdy nikt nie miał odwagi go odpędzić, ty jeden porwałeś oszczep i wyszedłeś ku niemu.
Arjos. To był lew, a tam są Mirowie, którzy naszych ludzi i zwierząt nie napadają.
Moron. A czy nasz głód nie jest ich kłem i pazurem? Czy nie oni zagrodzili nam urodzajną ziemię, której bóg im nie podarował? Arjosie, spojrz przed siebie, ogarnij wzrokiem te ich chlebne pola i bujne łąki, tę ziemię, którą zdaje się krajać i jeść można. Im gaje użyczają orzeźwiającego cienia, a my mamy tyle zaledwie drzewa, ile potrzeba dla ułożenia stosu ofiarnego. Już przez dziesięć obrotów słońca nie włożyliśmy do ust gotowanej strawy, a oni palą ciągle ogniska dla odpędzenia komarów. Ich trzody podścielają sobie na spoczynek mięką trawę, nasze wyciągają z rozpalonego piasku zwiędłe korzonki perzu. I ty im