Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


od jego czarnych włosów i modrej bluzy, która ledwie za kolana okrywała jego smukłe ciało. Oczy okrążała mu powaga, czy smutek.
Moron. Bóg cię wybrał na wodza ludu naszego w wojnie z Mirami.
Arjos. Chyba nie zajrzał w moje serce.
Moron. On widzi wszystko.
Arjos. W takim razie mnie nie wybrał.
Moron. Szatan wszedł w ciebie — wypędź go.
Arjos. Nie nawiedzał mnie nigdy, nie czułem go ani w sobie, ani koło siebie. Kiedy w dniu pokuty spowiadacie się przed bogiem ze swych grzechów, ja mu nic nie wyznaję, bo nic nie mam.
Moron. Pamiętaj, że białe skrzydła aniołów zczerniały od pychy, tem bardziej czernieje od niej dusza ludzka. Pokora jest karmicielką wszystkich cnót. Tak rzekł Pan.
Arjos. Moronie, nie obmawiaj boga, który okrutnym być nie może. Czyż podobna, ażeby on, wszechmocny, nie stworzył ani jednego dobrego człowieka? Czy podobna, ażebym go tem obrażał, że podziwiam słońce we wszystkich odmianach jego majestatu, że upajam się widokiem kwiatu we wszystkich postaciach jego uroku, że odurzam się pięknościami dnia i czarami nocy, że rozglądając się ciągle po tym wspaniałym domu, jaki bóg sobie w naturze zbudował, odkrywam coraz nowe cuda i że te wszystkie moje uczucia wylewam w pieśniach? Czy to jest grzech?