Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/094

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


piękny wódz Tylon, weszła na drugi, przyległy do brzegu pagórek, oddzielony od zajętego przez Wirów wązkiem przegięciem wyniosłości.
Mirowie. Pozdrowienie Wirom!
Wirowie. Pozdrowienie Mirom!
Właśnie cisza pochłonęła ostatnie echa tych okrzyków, kiedy ze świątyni wyszedł i wolnym krokiem zbliżył się ku pagórkowi swego ludu Moron. Kroczył on wolno, oblany skośnem światłem omdlałego słońca, które już dobiegało do widnokręgu. Długie, białe włosy głowy i brody, spadające w bujnych i gęstych pasmach, ukazywały zaledwie część surowego oblicza patryarchy, na którego wyniosłej postaci obwisła luźnie czerwona szata, przepasana w biodrach złocistym sznurem. Posuwał się jak niewidomy. Dwu młodzieńców w krótkich, białych narzutkach ujęło go pod ręce i wprowadziło na pagórek, gdzie stanął na środkowym kamieniu, z twarzą ku Mirom zwróconą.
Moron. Bóg mój błogosławi wszystkich cnotliwych. Od chwili, gdy zniknął z przede mnie w swej szacie z błyskawic, zamknąłem oczy i otwieram je tu dopiero, ażeby jasność jego, którą pod powiekami zatrzymałem, rzucić na wasze głowy, zacni Mirowie. Błagałem go tak gorąco, jak tylko niewolnik pana, syn — ojca, stworzenie — stworzyciela błagać może, ażeby z serca mego wylał gniew, niesprawiedliwość i nienawiść, a napełnił je umiarkowaniem, prawem i miłością; ażeby iskrze swej mądrości pozwolił żarzyć się w mo-