Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/093

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To też muszą się znami podzielić swą błogosławioną ziemią.
— A jeżeli nie zechcą?
Zebor. I krowa nie chce, ażeby ją doić, ani koza, ażeby z niej skórę zdzierać.
Głosy. — Patrzcie, Mirowie wsiadają do czółen. Ładna trzódka, chyba ze dwudziestu.
— Czy też zawrą z nami przymierze.
Lud się rozstąpił dla przepuszczenia czterech kapłanów, którzy nadeszli od świątyni, wstąpili na pagórek i milcząc, usiedli na czterech bocznych kamieniach; najwyższy, środkowy pozostał niezajęty.
— Już odbijają od brzegu. Na czele wódz i kapłani.
— Kto to wybiegł naprzeciw i przygląda im się?
— Arjos.
— Czego on tak ciągle u nich szuka? Prawie nie ma dnia, ażeby nie przemknął łodzią na drugą stronę rzeki.
— Może go Moron za żywnością posyła.
Zebor. To chyba on ją sam zjada, bo nigdy nic nie przynosi. Ja wam odkryję sekret: on zawiera tam przymierze — z ładną dziewczyną. I ręczę, że zrobi to ze wszystkiemi młodemi kobietami. Za kilka lat będziemy mieli śród Mirów małą własną kolonię.


Widok 2.

Gromadka Mirów, złożona z samych starców, między którymi, jak świt śród mroków, odbijał się swą młodością