Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/092

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na jednem z dwu ostro wypukłych pagórków obszernej wyniosłości, która wschodnim bokiem tworzyła ścianę rzeki, a zachodnim — próg wysokiej góry, otwierającej swe wnętrze długim, skalistym wąwozem do groty, gdzie stał ołtarz i dokąd dla wysłuchania modłów arcykapłana przybywał bóg Wirów. Lud szczelnie objął niższe kręgi pagórka, na którego pustym wierchołku leżało pięć wielkich głazów.
Głosy. Kapłani już skończyli swe modły i wracają; pozostał tylko sam na sam z bogiem w świątyni Moron.
— Straszna to rozmowa!
— Powiadają, że bóg schodzi do niego owinięty płomieniem, w oczach ma dwa słońca, a usta jego huczą grzmotami.
— Widziałeś?
— Napisano w zakonie.
— Wcale nie napisano, bo w dwunastu glinianych tablicach, które arcykapłan każdej pełni księżyca odczytuje ludowi, tego nie ma. Umiem je na pamięć.
— Ale w innych jest.
— Kto tam wie, czy są inne!...
— Nie bluźnij starszym, bo ci język osinieje.
— On i wam osinieje niedługo z głodu...
— O tak, skwar pastwiska wysmalił, zaraza owce dusi, węże krowom z wymion mleko wysysają, wszystkie ptaki na tamtą stronę rzeki przeleciały...
— Mirom dobrze: sieją ziarna, zbierają plony, wypiekają chleb...