Strona:Pisma II (Aleksander Świętochowski).djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


każdy mógł być mądrym, wszyscy byliby dla niego głupi. Idzie tylko o gdyby. Ach, mój drogi, w tem jednem słówku mieści się cała filozofia, cała siła i niemoc nasza. Uwolnij mnie dziś od gdyby, a jutro będę...
— Zapewnie — rzekłem — są jednak ludzie, a do nich, o ile mi się zdaje, ty należysz, którzy pogmatwane warunki życia plączą jeszcze bardziej swojem rozdrażnieniem.
— Bogu, któryby mi dał tę przestrogę — zawołał szyderczo Bukowski — odpowiedziałbym: dlaczego mnie takim stworzyłeś? Cóż więc tobie mam odpowiedzieć?
— A więc szanowny Byronie pozostaje ci tylko pisać poezye.
Żart ten rozweselił mojego kolegę.
— Przeszkadza mi małe gdyby — odrzekł z uśmiechem. Tak nie znoszę jednostajności, że nie mógłbym związać dwu zgodnych z sobą końcówek. A przecież jest to konieczny warunek idealnej poezyi, chociaż rzeczywistość oddawna już u nas rymuje małpę z mędrcem i komara ze słoniem. Widzisz tam...
— Co takiego? — zapytałem po chwili, spojrzawszy na Bukowskiego, który nagle uciął i w jakiś punkt niemo się zapatrzył. Nawet nie zwrócił się do mnie.
— Co takiego? — rzekłem.
On ciągle milczał z utkwionym nieruchomo przed siebie wzrokiem. Byłbym prawdopodobnie nie odgadł właściwej przyczyny tego dziwnego zamilknięcia, gdy-