Strona:Pisma II (Aleksander Świętochowski).djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tem sercem«. Raz właśnie, mijając gmach Archiwum Głównego, rozmyślałem nad tym supełkiem, gdy z bramy wyszedł Bukowski. Nie dostrzegł mnie — zawołałem. Przystanął, uśmiechnął się przyjacielsko i rzekł, podając mi rękę.
— Dziś mi się wiedzie. Spotykam ciebie, przed chwilą za brak uniżenia strącili mnie z 25-rublowej godności przepisywacza akt starych, a rano zaofiarowano miejsce w księgarni.
— W księgarni? — spytałem zdziwiony. Czy do tego zawodu czujesz istotne powołanie?
— Mój kochany — odparł ironicznie — żyjemy, a przynajmniej ja żyję w takich warunkach, że jedynem powołaniem być może nakarmienie głodnego żołądka i odzianie nagiej skóry. Wracając przed półrokiem ze wsi, spotkałem na drodze Bowińskiego — rok wcześniej od nas skończył wydział filologiczny — wiesz co robił? Mierzył jako konduktor szosowy pryzmy szabru. Takie powołanie i mnie wzywa do księgarni. Wejdę do niej z pociechą, że Böhme szył buty, Jacobi pieprz sprzedawał, a Spinoza szlifował kamienie. Wreszcie zawsze wyżej ceniłem książki, niż ludzi, którzy po największej części przedstawiają tylko materyał na pergaminowe dla nich okładki.
— A czy pomyślałeś nad tem — wtrąciłem — że gdyby każdy skorzystał z prawa takiej wzgardy i tybyś musiał stracić racyę bytu dla innych?
— I Archimedes wyważyłby świat, gdyby... gdyby