Strona:Pisma II (Aleksander Świętochowski).djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bym przypadkowo nie zauważył zbliżającej się ku nam młodej kobiety, którą Bukowski przeprowadził poza siebie oślepionemi oczyma.
— Kto to?
— Nie wiem — odparł drażliwie — czy widziałeś tych dwu mężczyzn, którzy...
— Będę szczerszym od ciebie — przerwałem — widziałem tylko tę kobietę, która jest rzeczywiście tak piękną, że będąc Adamem, objadłbym dla niej wszystkie drzewa wiadomości złego i dobrego. Znasz ją?
— Nie, tylko spotykam często.
— I nie dowiedziałeś się nawet, jak się nazywa? Jutro ci powiem.
Bukowski drgnął i rzekł poważnie, kładąc nacisk na każde słowo.
— Nie mów mi o niej ani słowa, chociażbyś wszystko wiedział — proszę cię o to.
— Dlaczego? — spytałem zdziwiony.
Uśmiechnął się smutnie.
— Tajemnice w sercu ludzkiem nie są koszykiem wisien, któremiby można na deser częstować przyjaciół, dopóki jeść je zechcą. Poprzestań więc tymczasem na mojem życzeniu.
— Przepraszam cię — odrzekłem nieco zmieszany tą delikatną odprawą — rzeczywiście trudno częstować przyjaciół wiśniami, które są jeszcze tak zielone.
Zamilkliśmy obaj, prawdopodobnie myśląc o tem,