Strona:Pisma Henryka Sienkiewicza (ed. Tyg. Illustr.) vol. 81.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—  223  —

porozumienie, ale jaka jest synteza tej tezy i antytezy, ani Henryk, ani Pankracy nie wiedzą, nie rozumieją, nie odgadują. Przepaść się tylko powiększa. Walka musi być śmiercią jednych lub drugich. Jakoż na drugi dzień rozpoczyna się zaciekła, jak nigdy. Zamek pada. Orcio poeta ginie, Henryk rzuca się w przepaść, Pankracy zwycięża.
A teraz co? Czy jedno złe ma zastąpić drugie? czy cały ten poemat to tylko wybuch rozpaczy? Mimowoli każdy, kto przeczytał poemat, spyta, gdzie jest poeta, co nam zostawi jako otuchę?
Jeszcze nie koniec. Pankracy stoi jako tryumfator na szczycie zamku, obok niego powiernik Leonard, gdy nagle ukazuje się na niebie straszne widziadło:
„Jak słup śnieżnej jasności, stoi ponad przepaściami, oburącz wsparty na krzyżu, jak na szabli, mściciel. Ze splecionych piorunów korona na skroni jego… Od błyskawicy tego wzroku chyba mrze, kto żyw…
Leonard do Pankracego:
— Coraz to bardziej rumieniec zbiega ci z twarzy. Chodźmy stąd, chodźmy, czy słyszysz mnie?

PANKRACY.

Połóż mi dłonie na oczach, zadław mi pięściami źrenice, oddziel mnie od tego spojrzenia, co mnie rozkłada w proch.

LEONARD.

Czy dobrze tak?