Strona:Pisma Henryka Sienkiewicza (ed. Tyg. Illustr.) vol. 81.djvu/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—  222  —

poczuliśmy prawa nasze“ — woła drugi. Kobieta krzyczy: „Jestem wolną niewiastą i rozdaję miłość moją“. Podobnie ponurych i posępnych rysów szukać chyba w świecie dantejskim. Jeśli forma Fausta wpłynęła na tę „nieboską komedyę“ — treść jej przerosła spółczesną doniosłością Fausta. Te karty są straszne. Człowiek na nich podobny jest do apokaliptycznego zwierzęcia. Tem to wszystko straszniejsze, że oto przed nami zwycięzcy — i że są to „stare zbrodnie w nowych szatach“. Zarody tego wszystkiego, co ludzkość dusiło, co do jednego tkwią już w tym obozie; zwycięstwo nie przyniesie ulgi, dobra, szczęścia, zmian nawet. Tłum tego nie czuje, ale jest ktoś, co to rozumie. Twarz jego marmurowa zawsze, oblicze nie drgnie, ale pod ową ogromną czaszką wylągł się twór, który się nazywa niepokój. Pankracy rozumie, że czegoś brak w jego budowie — czegoś może bardzo ważnego. Gdzie to coś jest? Czy nie w obozie przeciwników? Tytan demokracyi idzie tam szukać. Chce on poznać tego Henryka, który oto zamknął się w zamku św. Trójcy, gdzie wie, że nie zginie, musi zginąć, ale chce zginąć. Dlaczego? Czy on może zagrzebie ze sobą to coś, czego brak Pankracemu? Nie. Z rozmowy miedzy Pankracym i Henrykiem okazuje się, że wszystkie zarzuty, jakie jedna strona czyni drugiej, są słuszne, ale każda pojedyńczo nie umie dowieść racyi swego bytu. To, co sobie przeciwstawiają, wygląda na jakieś olbrzymie, wiekowe nie-