Strona:Pisarze polscy.djvu/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

żony z ryku i świstu dźwięk fabrycznej świstawki i wciąż szybcej usilną pracą tysięcy rąk wznoszą się strzeliste kominy, nakryte pióropuszami dymów. Z ich szczytów przedsiębiorczy duch życia ku dalekim równinom spogląda, ku rozpostartym płaszczyznom Azyi, ku morzom, nad któremi żółte, skośnookie ludy mieszkają. W czerwonych ogniach palenisk uwijają się tłumy zgorączkowane o zmyślnych twarzach walczących, niebaczne żaru, szczęśliwe, jeśli doń dociśnąć się mogą. Pieniądz gorący, wyrwany z ognia, rozsypuje się po miastach, nie po tych dawnych lepiankach ubogiego, pracą niewolną żyjącego kraju, lecz po wielkich środowiskach wszystkiego, czem ludzkość oddycha. Pogoń złota zmieszała uczucia i myśli, stopiła w jeden wir wszystko, co na ziemi tej żyło: chłopa, szlachcica, żyda i niemca. Dawna tradycya niknie, a nowa nie zaczyna się jeszcze. Stare tradycyi tej siedliska zachwiały się dawno. Jedne wicher życia rosnącego roztrącił, inne zmieniły strukturę i wiatrowi na oścież roztworzyły wrota, by to, co stracą w marzeniu, odzyskać w bogactwie realnego bytu.
W tych dniach odrodzenia, od nizin do szczytów jedynem przykazaniem życia stało się życie. Płynie zeń ogromna, radosna ufność w niewyczerpane moce tego źródła, podobne tym, które słabą mocą pędów kruszą największe głazy i każą liściom rozpękać, nieświadoma wiara moralna w żywiołową potęgę samego faktu istnienia, które nie jest ani złe, ani dobre, lecz wszechpotężne.
Tę organiczną, świętą płodność istnienia we wszystkich przelicznych jej objawach Reymont na-