Strona:Pisarze polscy.djvu/022

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wielkie, bujne, kipiące życie… Ze wszystkich zakątków, z zapadłych pól wiejskich, z głuchych miasteczek, z rosnącej w oczach Warszawy wicher życia zrywa się i leci, wciąga w siebie miliony i nowe od siebie odrzuca. Rosnąca fala porywa wszystko, czego dosięgnie: niejeden cenny szczątek, niejedno drogie marzenie zniszczy bezpowrotnie, ale użyźnia ziemię i do nowych pędów ją zapładnia. Nad krajem całym, od rubieży do rubieży, przebiega gorączkowy dreszcz, szept milionów niewidzianych ust zda się unosić w powietrzu, ostatnie, jedyne, niezniszczalne, wieczne i wszystko stwarzające pragnienie: żyć, za wszelką cenę żyć. Więc gdzieś najgłębiej, na spodzie drgnęła dotąd nieruchoma masa przyziemnego ludu i zakołysała się w sobie. Uderzyła o miasta i fala jej rozprysła się, zostawiając w żarłocznych murach obfity namuł; rozchwiała się głębiej — rzuciła za granice i morza niejedną falę. A obie fale tysiącznymi strumykami spływają powrotnie ku macierzystemu dnu i szepczą mu dziwne powieści o widzianych cudach. I masa ta drży ciągle, dopoki niespodziewana fala znowu się ocknie.
Z miast sennych odezwał się niby hasło, zło-