Strona:Pielgrzym.djvu/057

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
XXX.

O, biada, jeśli nie wie duch, gdzie stanie!
Na jakim brzegu spocznie... Wtem, znów trwoga:
Wołanie, jęk — to koń się potknął — Wianie
Wichru zgłuszyło tętent; przepadł... Wroga
Moc ją pod nogi mi rzuciła. Panie!
Choć przeleciała mi sercem pożoga...
Tak dziecię, niosłem do skalnej kaplicy,
Którą ciosali dawni pustelnicy.


XXXI.

W mroku wilgotnym na płaszcz mój złożona
Leżała cicho w jasnych włosów burzy;
Z pobladłych ustek wionął dech — i łona
Zadrgały tajnie — Po licach blask róży
Przemknął... Pobladła znów... Zda się — już kona...
Ta krew... co zbiega do serca, źle wróży...
Oczu dotknęła mię pieszczotą wiotką:
„O, Wasza Miłość tu? przy mnie?!... jak słodko...“


XXXII.

„O Bolesławie mój“... Szepnęła zwiewnie —
I nic. — Zapadla w ciężki sen znużenia.
A ja przy onej miotam się królewnie,
Zły sęp, do zbrodni przykuty podsienia.
Ach, teraz porwać ją — śpiącą — gdy pewnie,
Gdy bezlitośnie na jawę się zmienia
Sen... Pewność twarda, jak śmierci wyroki —
Taka przepastna, jak żal mój głęboki.