Strona:Pielgrzym.djvu/056

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
XXVII.

Żal — gdy strzał chmura powitała z brzega;
Wstyd zlej zasadzki w kwietni ranek świeży.
Komuż to litość na oczy wybiega,
Rada bór ostrzec o podłej obierzy!? —
Róg się, gwałtownik, wrzaskliwie rozlega;
W powietrzu ciężkość potępieńcza leży —
Na serce pada. — Jak kwitnie tarnina!
Z chmur — wstęgi blasku... Coś się przypomina...


XXVIII.

...O, coś tak złego. — Nie chcę myśleć o tem!
Jak nie chcę myśleć o snach. Chmury gonią...
Wtem, przetykają się błyskawic złotem — —
Jak wcześnie! — Wichry, młodych pędów wonią
Ostre — Grom ostrym wraża się brzeszczotem
W miedź dźwięczną chmury... grad tłucze się o nią;
Lód twardem ziarnem bije po jeziorze,
Wichr smaga falę, otchłań w brózdy porze.


XXIX.

Ciemność — o łokieć nie rozpoznasz człeka.
Nagle w jezioro gruchnął grom czerwony...
Koń Doni wspiął się... źrenice obleka
Bielmo krwi... Ciemność — wielki krzyk — i dzwony
Okropne w uszach... Tam, wprost, pędzi rzeka —
I ręce chwytne prężą dziwożony
Po łup!... Leciałem za rumakiem w gniewie
Naoślep! — dokąd? — Biada, gdy duch nie wie!