Strona:Pielgrzym.djvu/058

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
XXXIII.

O, czemuś sen mój na jawę zmieniła,
Ty czarodziejko mała... obce dziecię!
Z niedoli moja urastała siła, —
Z samotni wiara, żem wielki na świecie;
Czemuś na zgliszczach pożary zatliła?!
Tak było pusto — dobrze... Przecz wichr miecie
W zarzewie ambry leśnej aromaty,
Aż grób w te dymy się stroi, by w kwiaty?


XXXIV.

O, niepoprawny śniarz! Toć już pojęła
Myśl samotnicza, za co grad kamieni
Z rąk ludzkich padał: na porubstwa dzieła...
Przecież Bóg Wielki wie, jako się mieni
Kształt, który Wieczna Miłość na się wzięła —
Piękno, wciąż śnione... żeśmy upojeni
Barwą i blaskiem przez chwilę — tej Pieśni
Wcielonej, w głodach krwawych... bezcieleśni!


XXXV.

Tęczowa nasza krew — i chłodna wielce.
Zwrotka po zwrotce daremnie się niże;
Chichotem fali, odwieczni topielce
W ambrozji własnych złud, smagani... krzyże
Mielizn dźwigamy... sączym po kropelce
Dnia gorycz... Pokąd nie wróci na wyże
Duch przemartwiony — świadomy, że Piękno
Tam, gdzie króluje myśl, a zmysły klękną.