Strona:Pamiętnik Adama w raju.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się! Na widok kangura wpadł w taki nastrój, że odrazu przekonałem się, że nie widział on nigdy w życiu żadnego kangura.
Żal mi bardzo tego biednego małego, krzykliwego zwierzątka, ale nic nie mogę uczynić, by uprzyjemnić mu egzystencję.
Gdybym tak mógł go oswoić — ale o tem mowy niema; im więcej się staram, tym gorzej wszystko wypada. Serce mię boli, gdy widzę wybuchy jego gniewu i żalu. Postanowiłem wypuścić go na wolność, ale nie chciał ani słuchać o tem. Uważam, że jest to okrucieństwo, ale może ma on rację. Na wolności będzie jeszcze bardziej samotnym, a skoro dotąd nie znalazł takiego drugiego, jak sam, to gdzież go znajdzie?
W pięć miesięcy potem.
Nie, nie jest to żaden kangur! Nie. Stoi on już dobrze na tylnych nogach, trzymając się za palec Ewy. Robi w ten sposób kilka kroków na tylnych nogach, poczem pada. Prawdopodobnie jest to jakiś rodzaj niedźwiedzia. Tylko że niema on dotychczas ogona, a szerść tylko na głowie. I w dodatku wciąż rośnie — jest to bardzo dziwny szczegół, ponieważ dorastanie u niedźwiedzi kończy się wcześniej. Po katastrofie, która nas spotkała, niedźwiedzie stały się wielce niebezpiecznemi, to też nie sprawi mi to żadnej przyjemności, jeśli ten włóczyć się tu będzie bez kagańca. Zaproponowałem Ewie, że jej przyniosę prawdziwego kangura, jeśli porzuci tego, ale to nie doprowadziło do niczego — jak się

18