Strona:Pamiętnik Adama w raju.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wać od tego widziadła, a w sercu mu rosło i rozrastało się jakieś nowe, wszelkie, przemożne uczucie...
I zrozumiał naraz, że wszystkie jego dawne stosunki z kobietami były niczem więcej, jak tylko próżnymi porywami, i że teraz dopiero po raz pierwszy poznał to straszne, tajemnicze słowo: miłość...
I pociągnęło go coś do cichego, rodzinnego życia, do pieszczot, do szaleństwa ukochanej istoty, do radosnego uśmiechu statecznego żywota...
Następne piętro, koło którego w chwili obecnej przelatywał, jeszcze bardziej umocniło go w tem pragnieniu.
W oknie trzeciego piętra ujrzał uradowaną matkę, która podrzucając na kolanach tłuściutkie, śmiejące się dziecię, nuciła mu półgłosem kołysankę, a w jej oczach błyszczała miłość i łagodna duma macierzyńska.
„Najlepiej będzie ożenić się z dziewczyną z czwartego piętra i mieć z nią takie różowe, tłuściutkie dzieci, jak to z trzeciego piętra — pomyślał jegomość. — Oddam się niepodzielnie swej rodzinie i w tem zaparciu się siebie znajdę swe szczęście“...
Ale już zbliżało się drugie piętro. I obraz, jaki w oknie tego piętra ujrzał ów młody jegomość, kurczowo ścisnął mu serce.
Za biurkiem siedział jakiś pan o błędnem spojrzeniu i rozwichrzonych włosach. Pan ten bez przerwy spoglądał na fotografię, leżącą przed nim.

110