Strona:Pamiętnik Adama w raju.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Za pochyłym stołem, podparłszy głowę rękoma, siedział młody student i czytał książkę.
Przelatujący jegomość, ujrzawszy go, wspomniał swe życie, wspomniał i to także, że spędził całe swe życie na zabawach światowych, zapomniawszy zupełnie o nauce, o książkach, i podczas rozpamiętywania tych rzeczy zbudziło się w nim pragnienie wiedzy, jakaś chęć zbadania umysłem głębokich tajemnic przyrody, ogarnął go naraz zachwyt wobec genjusza wielkich mistrzów słowa...
— Luby mój, kochany studencie! — wyrwał mu się szept z gardła. — Tyś obudził drzemiące we mnie pragnienia, ty uleczyłeś mnie z tego pustackiego interesowania się bezmyślnem życiem próżniaków, które doprowadziło mnie do tak smutnego rozczarowania tam, na szóstem piętrze...
Ale nie chcąc odrywać studenta od lekcji, nie zawołał tego na głos, tylko poleciał na czwarte piętro tu zaś myśli jego przybrały zupełnie inny kierunek.
Serce ścisnęło mu się słodkim i palącym bólem, a w głowie zawirowało z zachwytu i błogości.
Koło okna czwartego piętra siedziała dziewczyna, mając przed sobą krawiecką maszynę, i coś szyła.
Ale jej piękne białe ręce zapomniały w tej chwili o pracy, a niebieskie jak bławatki oczęta patrzały kędyś smętnie, marzycielsko...
Młody jegomość nie mógł wprost oczu oder-

109