Strona:Pamiętnik Adama w raju.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dzmy, nie zupełnie starannie, ale w każdym razie zachowujący się z wielką godnością.
— Cóż ja... Hm... Ja przecież nic... — opononował, patrząc smętnie w pusty kąt pokoju.
— Ty nic?! W takim razie, czekajże, łotrze... A masz!
Krzepki mężczyzna w kapeluszu otworzył naoścież okno, wychodzące na ulicę, porwał za bary niezupełnie starannie ubranego młodego jegomościa i wyrzucił go za okno...

Znalazłszy się w powietrzu, młody człowiek nieśmiało zapiął marynarkę a, szepnąwszy sobie na uspokojenie:
— Nic to! Niepowodzenia hartują ludzi! — poleciał w dół...
Nie zdążył jeszcze w swym locie dosięgnąć najbliższego piątego piętra, gdy z piersi wyrwało mu się naraz ciężkie westchnienie...
Wspomnienie kobiety, którą przed chwilą ledwie opuścił — zatruło mu goryczą całą rozkosz odczucia tej jazdy powietrznej...
— Mój Boże! — z goryczą pomyślał młody jegomość. — Przecież ja ją kochałem! A ona... A ona nie znalazła w sobie nawet tyle męstwa, by wyznać całą prawdę mężowi! Pal ją djabli! Teraz czuję, że jest mi ona naprawdę daleką i obojętną...
Przy ostatniej myśli dosięgnął piątego piętra, a przelatując koło okna, z ciekawością zajrzał do środka:

108