Strona:Pamiętnik Adama w raju.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



Początek tej żałosnej a tragicznej zarazem historji był taki: Na szóstem piętrze olbrzymiej kamienicy stały w rozmaitych pozach trzy osoby, prowadząc ze sobą niezwykle ożywioną rozmowę...
Kobieta przyciskała, zda się, wyrzeźbionemi rączkami do piersi prześcieradło, zapominając, że prześcieradło to nie może spełniać dwóch ról i przykrywać jednocześnie jej kształtnych, białośnieżnych kolan, Płakała, a w międzyczasie, między jednem a drugiem szlochaniem, mówiła:
— O, Janie! Zapewniam cię, że nie ja jestem winna... To on wszystko! Zawrócił mi głowę, zbałamucił mnie, a to wszystko było... wbrew mojej woli! Opierałam się ile mogłam...
Jeden z mężczyzn, nie zdejmując palta i kapelusza mocno gestykulował, zwracając się z wyrzutami do trzeciej w tym samym pokoju osoby:
— Nędzniku! Poczekaj, a pokażę ci, że zdechniesz, jak pies pod parkanem i prawo będzie po mojej stronie! Poczekajże, odpokutujesz ty teraz za tę cichą męczennicę, podły wężu kusicielu!
Trzecią osobą w tym pokoju był młody jegomość, ubrany — jak na tę ważną chwilę — powie-

107