Strona:Pamiętnik Adama w raju.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


drownego ptactwa nadciągać, jako czarne znaki na szaroniebieskiem niebie.
Amor zrównał się ze starym z kosą. Kiwnęli do siebie głowami i pojechali razem przez wąwóz, nie rzekłszy ani jednego słowa, a gdy droga wyprowadziła ich z lasu i zabrała ze sobą przez pole na przełaj, ku Drodze Szlacheckiej, i gdy ujrzeli przed sobą wielki gród z brunatnymi dachami, z szaremi, dumnie wyniesionemi wieżycami i złotem połyskującemi wieżyczkami, — znów kiwnęli do siebie, tym razem z uśmiechem.
I pojechali dalej Drogą Szachecką, wijącą się przed nimi szaro i szeroko, gubiącą się jednak coraz bardziej w oddali, póki jak cienka jasna nić nie wpadła wreszcie w czarne oko jednej z czerwonych bram miasta.
Jechali wciąż dalej.
Od wewnątrz, tuż przy bramie, znajdował się wielki, pusty sad z powykręcanemi jabłoniami, a w nim dom, spiętrzony dachami, tworzącymi długie, strome zbocza z mchem porośniętych cegieł, z wielką ilością czarnych kominów, które podparte były między sobą żelaznemi sztabami i silnie naciągniętymi łańcuchami.
Tu się zatrzymali.
Na wschód wychodziło okno, tak wielkie jak brama i jak nieskończona tafla malutkich w ołów oprawnych, szklanych sęczków. Było szeroko rozwarte i przyczepione do muru, a w wielkim jak

103