Strona:Pamiętnik Adama w raju.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


oddrzwia otworze stal doktór Faust i wyglądał ku drodze, tam, gdzie, jak wiedział, był las i wąwóz.
A Śmierć i Amor podjechali pod okno, niewidzialni, nie rzucający żadnego cienia.
I zatrzymali się tu oto, więksi ponad miarę ludzką, a wiatr powiewał czarnym płaszczem Śmierci i purpurą Amora, a wielkie ich konie wyciągnęły szyje do środka okna i zwiesiły ciężkie łby jakgdyby w półśnie, nachylając je nad książkami i pergaminami i gryząc wędzidło, tak że piana z ich pysków leciała płatami na czarne linje i jaskrawe inicjały manuskryptu.
Jedna myśl po drugiej coraz to silniej nawiedzała doktora Fausta, gdy tak stał, oparty dłoniami o szeroką ramę okienną, z ręką ozdobioną pierścieniami przed pyskiem każdego konia, Światło wydobywało na jaw przejrzystą bladość czoła i twarzy i liczyło każdy włosek w jego ciemnej, kręcącej się brodzie.
Słyszalnie brzmiała każda myśl jego o tych dwóch niewidocznych na dworze:
— Mam teraz czterdzieści lat — pomyślał — dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści lat mogę jeszcze żyć, potem wszystko będzie skończone. I znów jest wiosna i znów o jeden rok mniej pozostało mi do życia...



104