Strona:Pamiętnik Adama w raju.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rym nastawata cisza tak wielka, iż zdawało się, że uderzenie kopyt końskich jest jedynym dźwiękiem na świecie.
I uderzenie jeszcze jednych kopyt, gdzieś daleko, poza nim.
Zatrzymał się, nasłuchując; poczem kiwnął głową, jakgdyby coś zrozumiał i pojechał dalej.
Po dłuższej chwili, drugi rycerz ukazał się oczom na kasztanowatym koniu.
I on również był większy ponad miarę ludzką, wyglądał jednak jak chłopak dwudziestoletni, z jasnym puszkiem, okalającym gładkie policzki i pełne, uśmiechnięte usta.
Ubranie jego było w połowie ze zgrzebnego płótna, w połowie z królewskiej purpury; lecz jego wysmukłe członki wynurzały się w olśniewającej swej nagości i z pod zgrzebnego płótna i z pod królewskiej purpury — pogańsko nagie. Albowiem był to Amor, tak on właśnie ten młodzieniec w lokach, piętrzących się nad jego czołem jak złote wióry; na plecach mu wisiał kołczan ze strzałami, a mocny łuk swój przymocował b$ do grzywy końskiej.
I gdzie stąpnął koń jego, tam paprocie podnosiły z nad butwiejącego dna brunatne skrętki i rozwijały je, zgniłe listowie ożywiało się żółtemi i białemi pędami, a tysiące kiełków otrząsało się z uśpienia; wczesne kwiatuszki zaczynały niebieszczyć się w cieniu liści zimowych, pączki na drzewach jaśnieć, nabrzmiewając nad jego głową, chmary wę-

102