Strona:PL Zola - Nantas.djvu/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Po upływie miesiąca jednak nie osiągnął żadnego rezultatu; mówiono mu, że chwila jest nieodpowiednia; czyniono mu zresztą obietnice, ale nie dotrzymano ni jednej. Tymczasem chuda sakiewka opróżniała się, zostało mu wszystkiego najwyżej dwadzieścia franków. O tych dwudziestu frankach miał jeszcze żyć cały miesiąc, nie jedząc nic więcej prócz chleba, przemierzając Paryż od świtu do zmroku i kładąc się spać bez światła, jak zbity ze znużenia, z pustemi dzień w dzień rękoma po daremnej gonitwie. Nie tracił pomimo tego otuchy, tylko w duszy jego wzbierał coraz większy gniew. Wyroki losu wydały mu się pozbawionemi jakiegokolwiek sensu logicznego i sprawiedliwości.
Jednego wieczora wrócił do domu, nie wziąwszy cały dzień nic w usta. Dnia poprzedniego spożył ostatni kęs chleba. Ani grosza przy duszy, ani jednego przyjaciela, coby pożyczył dwadzieścia sous. Przez cały dzień padał deszcz, jeden z tych szarych deszczów paryskich, tak przejmująco zimnych. Ulicami płynęły strugi błota. Nantas, przemokły do nitki, poszedł na Bercy, potem na Montmartre, gdzie mu wskazano jakiś wakans. Lecz w Bercy znalazł już miejsce zajętem, na Montmartre zaś pismo jego uznano za niedość piękne. Dwa te miejsca były jego ostatnią nadzieją. Był zaś gotów przyjąć pierwsze lepsze zajęcie, mając niewzruszone przekonanie, że sobie potrafi wyrąbać los przy pierwszej nadarzonej sposobności. Na razie nie żądał