Strona:PL Zola - Nantas.djvu/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w ramionach surducinę z przykrótkiemi rękawami, które nie dochodziły rąk. Stopniowo jednak wyrobił w sobie w ten sposób pewnego rodzaju religię siły, nic w świecie po za nią nie widząc, przeświadczony, że do silnych należy zwycięstwo. Podług niego: chcieć — znaczyło: módz. Reszta nie ma znaczenia.
Podczas niedzielnych samotnych przechadzek po spalonych przedmieściach Marsylii czuł w sobie wyraźnie gieniusz; na dnie jego istności tkwił jakiś instynktowny popęd, pchający go naprzód; wracając do swego okaleczałego ojca, by zjeść na wieczerzę ziemniaków, powtarzał sobie, że nadejdzie dzień, kiedy, nie potrzebując się więcej ograniczać, będzie mógł wykroić należny sobie udział w biesiadzie społeczeństwa, pośród którego nie był jeszcze niczem w trzydziestym roku życia. Nie były to bynajmniej żądze nizkiego gatunku, pospolite pragnienia zmysłowego użycia, lecz nader czyste samopoczucie inteligencyi i woli, które nie znajdując się na właściwem dla siebie miejscu, zmierzają z całym spokojem do zajęcia go, pod wpływem naturalnej potrzeby logiki.
Odkąd Nantas dotknął stopą bruku Paryża, zdawało mu się, że wystarczy mu wyciągnąć rękę, by zdobyć pozycyę, jakiej się czuł godnym. Tegoż samego dnia rozpoczął kampanię. Mając kilka listów polecających, udał się z nimi pod wskazanym adresem. Nadto poszedł zapukać do drzwi paru osób, znajomych z Marsylii, licząc na ich poparcie.