Strona:PL Zola - Nantas.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nic prócz chleba, tyle tylko, aby mieć z czego wyżyć w Paryżu i kawałka gruntu pod nogami, aby mieć na czem zacząć budowę gmachu przyszłości, cegła po cegle. Wlókł się z Montmartre na Lille noga za nogą, z sercem pełnem goryczy. Deszcz ustał, spieszący za interesami tłum popychał go na trotoarze. Przez kilka minut stał przed sklepem wekslarza: pięć franków wystarczyłoby może, aby kiedyś zawładnął całym tym światem; za pięć franków można żyć cały tydzień a w ciągu tygodnia da się dokonać nie mało rzeczy. Kiedy tak myślał, przejeżdżający pojazd obryzgał go błotem, tak że musiał sobie rękawem otrzeć ochlapaną twarz. Ruszył żwawiej z miejsca, zacisnąwszy zęby, czując dziką żądzę rzucenia się z pięściami na tłum, zagradzający ulicę; byłby to należny odwet za głupotę losu. Na ulicy Richelieu o mało go nie przejechał omnibus. Pośrodku placu Karuzelu rzucił okiem zazdrości na Tuilerye. Na ulicy Wszystkich Świętych małej wystrojonej dziewczynce ustąpić musiał z prostej drogi, którą kroczył z uporem odyńca, ściganego przez psiarnię; zboczenie to z obranego kierunku wydało mu się najwyższem poniżeniem; nawet dzieciom musi ustępować!... Nakoniec schroniwszy się do swej stancyjki jak ranione zwierzę, które idzie zdechnąć w swej jamie, padł ciężko na krzesło na pół martwy, wpatrując się w swe zabłocone spodnie i dziury w bucikach, z których ciekące błoto utworzyło już na podłodze sporą kałużę.